Moja droga do stworzenia swojej marki

Dzisiaj opowiem Wam jak powstała marka Skrzące Nitki. Myślę, że bedzie to ciekawa historia o mojej drodze do celu i pełna zwrotów akcji. 

   Pamiętam jak w dzieciństwie fascynowało mnie rękodzieło. Od 4 klasy podstawówki uczyłam się szydełkowania, w międzyczasie tworzyłam jakieś kartki okolicznościowe dla rodziny. Dzięki mojej cioci nauczyłam się lepiej szydełkować i opanowałam podstawy splotów. Następnym krokiem była nauka haftu krzyżykowego, który wtedy też polubiłam, ale nie był na moje nerwy wtedy i też zaczynając uczyć się w szkole zawodowej ciężko było pogodzić pasję, naukę i szkołę w jednym czasie. Dlatego też moja pasja gdzieś zniknęła na tę parę lat.

   Po skończeniu szkoły zawodowej i otrzymania tytułu fryzjera zaczęłam pracę w zupełni innej dziedzinie (tartaku 🙂 ). To tam nauczyłam się obróbki drewna i znalazłam kolejna pasję, którą było wypalanie w drewnie. Uwielbiałam to robić swoją drogą. Ale scenariusz się powtórzył, przez brak czasu moja pasja zniknęła gdzieś w otchłani. 

   W czasie tych paru lat od zakończenia pasji z wypalania, założyłam rodzinę i urodziłam dwójkę cudownych maluchów. Potem stworzyłam aż pięć kocyków na szydełku dla tych najmniejszych z rodziny, potem znów gdzieś to uciekło. Rok temu zobaczyłam na pintereście trampki i kurtki z wyhaftowanymi kwiatami, i jak możecie się domyślić, stwierdziłam, że spróbuję własnych sił. Kupiłam nawet na vinted od jakiejś pani cały karton, różnych kolorów mulin. I okazało się to strzałem w 10, bo zakochalam się w tym rodzaju haftu.  Zrobiłam moja pierwszą kurtkę na próbę, ale jednak okazała się na mnie za duża. W międzyczasie zamówiłam trampki i również się zakochałam w tym efekcie. Trampki noszę do tej pory i nie zamieniłabym ich na nic innego. Kolejnym krokiem było wyhaftowanie mojej wymarzonej kurtki z motywem z bukietu ślubnego. Nie ukrywam, że zajęła mi ona najwięcej czasu, jednak nie żałuję go, ponieważ dzięki dużej ilości różnych kwiatów mogłam potrenować różne rodzaje ściegów. 

  Kolejnym dziełem, który stał się  moim małym znakiem rozpoznawczym, jest kurtka, która stworzyłam dla mojej przyjaciółki Karoliny. Była to moja trzecia kurtka i jestem z niej tak bardzo dumna, że tam gdzie mogę to ją pokazuję, ale to historia na inny post. Zobaczcie ją poniżej.

Przeglądając dalej pinterest trafiłam na zdjęcia pięknych kokard do włosów dla małych dziewczynek. Stwierdziłam wtedy, że poszukam materiału z którego mogę stworzyć te małe cuda. Pierwszym moim strzałem była bawełna, jednak szybko okazało się, że to nie jest odpowiedni materiał. Znajoma krawcowa podpowiedziała mi wtedy, ze może sprobowałabym na lnie robić. Szybko się okazało, że jest to odpowiedni materiał na tego typu kokardy. W międzyczasie moje małe dzieła zaczęłam udostępniać na Facebooku i Instagramie. Na początku listopada odezwała się moja koleżanka i zapytała czy dam radę zrobić dla jej klientek do salonu fryzjerskiego 60 sztuk kokard do włosów. Był to dla mnie ogromny szok i niedowierzanie, że komuś tak bardzo podoba się mój produkt, że chce je podarować swoim klientkom. Oczywiście się zgodziłam i przystąpiłam do pracy po omówieniu szczegółów. Finalnie udało mi sie wyrobić przed ostatecznym czasem, i kiedy pakowałam te wszystkie kokardy, zdałam sobie sprawę co to dla mnie znaczy. Wtedy też stwierdziłam, że chyba pora na wymyślenie nazwy swojej marki. I tak oto powstały Skrzące nitki.

Z początku nastawiałam się jedynie na haft ręczny, jednak po rozmowach z koleżanką, namówiła mnie na stworzenie początkowo gumek scrunchie. Z czasem zaczęła też wspominać o opaskach na głowę, i też dzięki niej powstają takie cuda. Jestem jej bardzo wdzięczna za ten wiatr w skrzydła. Jej słowa i wielu innych osób bardzo podbudowały moją pewność siebie i utwierdziły, że to co robię jest dla kogoś ciekawe i piękne. 

Z opaskami było tak, że stworzyłam je chwilę przed świętami Bożego Narodzenia. Po prostu przez natłok różnych zamówień, a także stworzenia projektu bombek na choinkę, wszystko mi się przedłużało. Początkowomiałam ograniczony asortyment, jednak z czasem jak widzicie, stworzyłam tyle, że ciężko powoli wybrać swojego faworyta. Teraz z jednego koloru materiału jestem w stanie stworzyć dla Was aż 16 różnych modeli opasek. Wydaje się to dla mnie nadal imponujące, patrząc na to, że to wszystko dzieję sie w przeciągu niecałego półrocza. A pomysłów jest o wiele, wiele więcej.

W ostatnim czasie zastanawiałam się co mogę stworzyć dla kolejnych maluchów w rodzinie. Najpierw wymyśliłam haftowane kocyki, jednak wcześniej dostali od nas już koce szydełkowe i mają pewnie pełno takich kocyków po starszych dzieciach. I nagle przyszło olśnienie, że mogę stworzyć piękne metryczki dla tych maluchów. I tak oto wprowadzam dzisiaj ten produkt na zamówienie do mojej oferty. Myślę, że jest to produkt bardzo unikatowy. 

Podsumowując ten czas od początku tworzenia, myślę, że znalazłam tak zwanego swojego konika. Chcę nadal dla Was tworzyć te wszystkie cuda. Teraz kończę tworzyć dwie kurtki dla pary z Hiszpani, któa totalnie na odległość totalnie mi zaufała z wykonaiem i wykończeniem. Ba! Nawet zapytali się czy uda mi się stworzyć haftowane wachlarze. Także kolejne wyzwanie przede mną. Trzymajcie kciuki, a za niedługo być może pojawi się kolejny ciekawy produkt na zamówienie. 

Dziękuję Ci bardzo jeśli dotrwałeś do końa mojej historii, chociaż w sumie to nie koniec. Jestem bardzo ciekawa co przyniesie czas. Myślę, że jeszcze nie raz mnie zaskoczycie bardzo pozytywnie. Uwielbiam różne wyzwania, więc nie krępujcie się, jeśli macie jakiś pomysł, którego nie możecie znależć nigdzie do kupienia. Szukałam stojaka na gumki w internecie i nie mogłam nigdzie znaleźć odpowiedniego, więc stwierdziłam, że sama taki zrobię. Na drugi dzień po jarmarku odezwała się osóbka, że ona też by chciała taki tylko w mniejszym rozmiarze. Teraz myślę, że bardzo dużo dała mi praca w tartaku, że mogę stworzyć własne stojaki na przykład. Stałam się dzięki temu małą Zosią Samosią jak to się mówi. 

Kończąc ten mój monolog (w końcu) wyczekujcie nowego i do zobaczenia 26 kwietnia w Jarocinie na kolejnym jarmarku.